Metamorfozy naszych Klientów – 10 pytań do Dawida Skalskiego

4 lipca 2017

Metamorfozy naszych Klientów – 10 pytań do Dawida Skalskiego

 

Dawid Skalski razem z żoną Eweliną od prawie roku są członkami naszego Klubu FitPark (dawniej Wellness). To tutaj regularnie trenują, a przede wszystkim wzajemnie się wspierają. Obydwoje twierdzą, że jest to kluczem do sukcesu jakim była ogromna metamorfoza Dawida. Na przełomie czerwca i lipca zeszłego roku Dawid ważył prawie 150 kg, dzisiaj około 100 kg. Sześć rozmiarów w dół, o 40 cm mniej w pasie. O ich pasji do ćwiczeń, zaangażowaniu i wzajemnym wsparciu krążą w Klubie legendy. Sami zainteresowani stali się rozpoznawalni wśród Klientów i Trenerów, a Dawid na każdym kroku słyszy pytanie: „Jak to zrobiłeś?”

 

 

Kilka słów o Was…

Dawid: Ewelina i Dawid – 10 lat małżeństwa. 5-6 lat wspólnej pracy: najpierw w pewnej firmie, a teraz we własnej. Wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie i to ma gigantyczne znaczenie. Dlaczego? Żadne z nas nie ma w głosowaniu przewagi. Jeśli jedno z nas tak zwyczajnie po ludzku nie ma ochoty iść na zajęcia, to „druga połówka” próbuje pociągnąć za sobą i w efekcie przychodzimy. Dlatego więcej jesteśmy niż nas nie ma (śmiech). Wiele osób, które tutaj trenują próbuję namówić, żeby przyszli właśnie ze swoją „drugą połówką”, bo we dwoje jest lepiej, prościej. Po zajęciach w szatni słyszę różne rozmowy. Raz chciałem kogoś namówić  „na klatkę” u Łukasza (zajęcia FTO Cage) i usłyszałem: „nie wiem czy żona pozwoli, bo dzisiaj jestem drugi raz w tym tygodniu”. No to mówię: „przyjdź z żoną!”

 

Aktualna oferta Klubu pozwala chodzić na różne zajęcia, niezależnie od poziomu wytrenowania. Trenerzy dopasowują poziom i układają ćwiczenia zarówno pod początkujących i zaawansowanych. Czy to dlatego przychodzicie do nas we dwoje tak często? Prawie codziennie można Was tu spotkać!

Ewelina: Tak, to jest właśnie tutaj fajne.

Dawid: W zajęciach tutaj jest coś niesamowitego. Czytałem o tym, że sport człowieka mega wciąga i to jest sto procent prawdy! Chodzimy cały tydzień, ale postanowiliśmy sobie, że niedzielę robimy sobie wolną. To jest trudny dzień dla mnie… Jak się chodzi 6 dni w tygodniu to w pewnym momencie przychodzi ta niedziela… i człowiek nie ma co ze sobą zrobić!

 

Dawidzie, jak się zaczęła Twoja metamorfoza?

Dawid: Zaczęła się tak naprawdę bardzo prosto… wypitymi czterema piwami wieczorem podczas meczu reprezentacji Polski na zeszłorocznym Euro. Następnego dnia obudziłem się z paraliżem – nie mogłem ruszyć lewą nogą. Pożyczyłem nawet od babci kule do chodzenia. W dodatku na nodze miałem żylaka (miałem, bo poszedłem za ciosem i miesiąc temu go usunąłem).  Ważyłem prawie 150 kg – stwierdziłem, że jest źle. Co się potem okazało – schorzenie, które to spowodowało jest bardzo popularne. Nazywa się dna moczanowa, czyli duże przekroczenie kwasu moczowego we krwi. Poszedłem do lekarza, który jak to zwykle bywa przepisał takie środki, że jak przeczytałem o skutkach ubocznych… to stwierdziłem, że muszę teraz zdecydować: albo brać dalej pigułki albo wziąć się za dietę. To był ten moment przełomowy, który nastąpił bodajże 1 lipca zeszłego roku.

 

Jakie były początki Twojej „nowej drogi”?

Dawid: BMI w mojej „szczytowej” formie wynosiło 40, czyli otyłość drugiego stopnia i początki cukrzycy. Już byłem w takim stanie, że nie mogłem sobie skarpetek normalnie założyć tylko trzeba było kombinować. W pierwszym miesiącu zrzuciłem 15 kg stosując tylko i wyłącznie dietę  MŻ („mniej żreć”). 5 posiłków dziennie z zegarkiem w ręku. Wiecie co jest najgorsze dla człowieka otyłego? To, że przeważnie jest bardzo nieszczęśliwy, że jest na diecie. Dlaczego? Bo widzi przykładowe diety: jakieś pieczywka ryżowe, orkiszowe… A dla mnie to jest paskudztwo. W gazetach i Internecie, kreuje się często taki obraz: trzeba jeść kiełki i dopiero wtedy się schudnie. A to jest absolutnie mitem! Myślę, że wśród społeczeństwa to bardzo mocno funkcjonuje, gdyż ludzie się mnie pytają czy jadłem kiełki, korzonki, jarmuż, czy „jakieś nie wiadomo co”. Odpowiadam, że nie. Na początku tylko dieta MŻ. Jedliśmy wszystko ale mniej, wyłączyliśmy jedynie słodycze i fast foody. Słodyczy nie jem do dzisiaj.

 

Czy to była Twoja pierwsza próba zrzucenia zbędnych kilogramów?

Dawid: Pamiętam, że już raz w mojej „karierze” schudłem ze 125 kg do 115 kg. Później rzuciłem palenie i przytyłem znowu jeszcze więcej. Doświadczyłem, że uzależnienie od jedzenia jest dużo gorszym nałogiem niż papierosy. Od papierosów bardzo łatwo się wyizolować, a jedzenia nie da się unikać. Trzeba się dokładnie na każdym kroku kontrolować. Człowiek często otwiera lodówkę nie dlatego, że jest głodny, tylko po to by zobaczyć, czy coś tam od dwóch minut się nie zmieniło (śmiech). Do tej pory mam to głupie przyzwyczajenie z którym staram się walczyć. Staram się izolować od jedzenia. Robiąc posiłek stosuję techniki oszukiwania, czyli nakładam go na mały talerz, żeby optycznie wydawał się duży. To działa! „Oczy się najedzą”, a ja z zegarkiem za 3 godziny idę przygotować kolejny posiłek. Staram się nie popaść też w drugą skrajność, czyli awersję do jedzenia. Anoreksja też nie jest dobrym rozwiązaniem.

 

Jak do nas trafiliście?

Dawid: Na początku przyszliśmy na basen do Parku Wodnego. Kupiliśmy jednorazowe wejście, spodobało nam się i wzięliśmy karnet miesięczny. To była końcówka lipca. Stwierdziliśmy, że powalczymy przez ten miesiąc i faktycznie przychodziliśmy codziennie. Zresztą, myślę że to jest bardzo dobra droga, bo na basenie łatwo jest schudnąć. Trzeba tylko opanować jedną rzecz: wśród „ludzi dużych” (zresztą nie tylko), panuje przekonanie że „woda wyciąga” i chce się po niej jeść. To jest nieprawda, trzeba się opanować. A propos, ja nigdy wcześniej nie zgodziłbym się, by mówić o mnie, że jestem otyły. To jest jak płachta na byka.  Wolimy, gdy mówi się o nas: „duzi ludzie”.

Ewelina: Wybraliśmy basen na początku dlatego, że baliśmy się o stawy Dawida.

Dawid: Byłem słaby i obawiałem się kontuzji. Taki typowy człowiek zza komputera: ogromny, a rączki chude. Zero siły. Po dwóch-trzech tygodniach chodzenia na basen, stwierdziliśmy że trzeba spróbować „przyjść na górę”. Z hali basenowej widać było, że coś się tam dzieje. Myśleliśmy sobie wtedy – to musi być męczące!

 

Jakie były pierwsze wrażenia podczas wizyt w Klubie?

Dawid: Ustaliliśmy, że przyjdziemy raz na próbę, a później się zobaczy. Po naszym kontakcie był szybki odzew i zostaliśmy umówieni na pierwszą konsultację z Trenerką Kamą. W Klubie czułem się wtedy trochę jak w zoo – przyszedł człowiek z wielkim brzuchem i nie wie o co chodzi. Z Kamą przeanalizowaliśmy grafik zajęć i ustaliliśmy na co mamy chodzić. Powstał nowy prosty plan – próbujemy przez miesiąc i zobaczymy co z tego będzie. Tak to się zaczęło.  Chociaż jak sobie przypomnę początki to nie było łatwo.

 

Czy Trenerzy przyczynili się do Twojego sukcesu?

Dawid: Oczywiście! Kama na początku wskazała na co mamy chodzić. Bardzo odpowiadały nam popołudniowe zajęcia, ze względu na naszą firmę. Pamiętam, że wtedy baliśmy się klatki (zajęcia FTO Cage). Patrzyliśmy na ludzi ćwiczących na tych zajęciach i myśleliśmy sobie: „wow, przecież to są jakieś niesamowite rzeczy”. Z Trenerką Dorotą mam najlepszy kontakt, bo ona mnie temperuje od strony technicznej. Ja jestem strasznie niecierpliwy, ale Doroty muszę się słuchać, bo ona mi nie popuści. Dlatego bardzo dobrze mi się z nią współpracuje. Zresztą cała ekipa Trenerów jest fajna. Poza tym ja nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi 😊

 

Czym różni się Wasz aktualny cykl treningowy od tego który ustaliliście z Kamą?

Dawid: Teraz jest więcej siłowni. Przede wszystkim „dużym ludziom” nie wolno biegać, bo mogą sobie zrobić krzywdę. Dlatego na samym początku była dieta, później moim zdaniem powinny być lekkie ćwiczenia kardio takie jak chodzenie po bieżni, połączone z GTS-em u Łukasza (Grupowym Treningiem Siły), Step na pierwszym poziomie u Kamili. Dopiero potem można zacząć na poważnie biegać i podnosić ciężary na siłowni. Wydaje mi się, że droga którą my obraliśmy jest idealna. W naszym przypadku sprawdziła się w stu procentach.

Ewelina: Dokładnie. My na GTK (Grupowy Trening Kondycyjny) przyszliśmy chyba po miesiącu.

Dawid: Albo i nawet po dwóch. Na początku obowiązkowo trzeba włączyć jeszcze GTE (Grupowy Trening Elastyczności)! My chodziliśmy na ten trening do Kamili. Co tam jeszcze było?

Ewelina: Woda. Dużo wody.

Dawid: Dokładnie. Przychodziliśmy o godzinie 20 na GTS. Po treningu jeszcze szybko na pół godzinki szliśmy do basenu. Woda bardzo pomaga, szczególnie po ćwiczeniach jest super! Tak upłynęło nam kilka miesięcy w Klubie. Później GTK doszedł, następnie przestaliśmy się bać klatki, która tak nas wciągnęła że skończyło się czterema treningami FTO w tygodniu (śmiech). Tak w ogóle – bardzo dobrym połączeniem jest najpierw trening na klatce (FTO Cage), a później GTE (Grupowy Trening Elastyczności) np. we wtorki i soboty (tak jest w grafiku zajęć). W ostatnim czasie z powodu operacji więcej chodziłem na siłownię. Dało to niezły efekt – wczoraj byłem na pierwszym GTS-ie po 4 tygodniach i okazało się, że zwiększyłem obciążenia! Siłownia działa!

 

Jakie stawiacie sobie cele na najbliższą przyszłość?

Dawid: W ostatnim czasie przyszła fascynacja biegiem typu Runmageddon. W ogóle ćwiczenia na zewnątrz to super sprawa. To jest zupełnie coś innego. Będę bardzo dumny gdyby udało mi się przeżyć… przejść Runmageddon w rozsądnym czasie. Osobiście to byłby dla mnie ogromny sukces. Człowiek, który rok temu…

Ewelina: … przez 5 minut zakładał skarpetki!

Dawid: Tak, tak. Człowiek, który rok temu przez 5 minut zakładał skarpetki byłby w stanie dokonać takiego wyczynu. To jest mega wyzwanie. Wiem, że muszę się tak porządnie „dosadzić” do tego biegu, żeby pomóc mojej małżonce podczas niego. Nie będziemy na pewno biegli na czas, bo to jeszcze nie ten moment. Chodzi o przezwyciężenie swoich słabości.

Ewelina: Ja jeszcze tego nie widzę (śmiech)

Dawid: Damy radę! Ja jestem tym, który patrzy dwa kroki naprzód, a Ewelina mówi: zaczekaj. Wyrównujemy się. I chyba całkiem dobrze to działa 😊

 

dasda